Nowoczesne sneakersy są naszpikowane innowacyjnymi rozwiązaniami i systemami. Jednym z nich jest opracowany przez Nike w latach 80′ system Air Max.


Technologii, która w tym roku obchodzi swoje trzydzieste urodziny, raczej nikomu nie trzeba przedstawiać. Wykorzystana jest w bardzo wielu modelach, co podkreśla, jak bardzo wyprzedzała swoje czasy w momencie premiery. Wypełnienie poduszki w podeszwie sprężonym gazem, pozwalało osiągnąć najniższy możliwy stopień zbijalności, dzięki czemu gwarantowała komfort i amortyzację przez długi czas eksploatowania. Za ojca systemu uważa się Franka Rudy’ego, który pomimo wielu odmów ze strony innych firm, w końcu znalazł wspólny język z Nike, co poskutkowało rozpoczęciem nowej ery w produkcji obuwia.


Misja zaprojektowania pierwszego modelu, w którym wykorzystany został system Air Max, przypadła Tinkerowi Hatfieldowi. Jak sam powiedział, szczególną inspiracją był dla niego wyjazd do Paryża, podczas którego ujrzał muzeum Pompidou, z odsłoniętymi wszelkimi instalacjami, wyprowadzonymi na zewnątrz. To samo uczynił z pierwszymi Air Max’ami – wyeksponował poduszkę, widocznie ją odsłaniając.


Przeciwności losu oraz krytyka ze strony przełożonych, nie przeszkodziły Hatfieldowi w doprowadzeniu do wydania swojego projektu i w 1987 roku system Air Max po raz pierwszy ujrzał światło dzienne w modelu Air Max 1, będącym do tej pory najpopularniejszym wydaniem w serii.
Sukces pierotnej wersji otworzył twórcom możliwości ponownego wykorzystania innowacji. Dokładnie 3 lata później Nike wypuściło model Air Max 90. Projektowaniem ponownie zajął się Hatfield, tym razem za cel obierając sobie uczynienie kształtu buta bardziej agresywnym, wyrazistym.


Następstwem podwójnego sukcesu systemu, były nieco mniej rozpowszechnione projekty, którym jednak nie można zarzucić, że nie zachowały ciągłości linii. Chociaż częściowo odeszły w zapomnienie, nie można umniejszać ich zasług.


Zmiany nadeszły wraz z rokiem 1995. Odbyła się wówczas premiera szczególnie popularnego ostatnio modelu, czyli Air Max 95. Za projektem nie stał wtedy Hatfield, a Sergio Lozano. Jako inspiracja posłużyło mu nic innego, jak ludzkie ciało. Bryła znacznie różniła się od poprzednich wydań, co wcale nie wpłynęło negatywnie na popularność modelu.
Kolejnym krokiem milowym był 1997 – wtedy właśnie wydano model Air Max 97, który obecnie przeżywa swoją drugą młodość. Szczególnie istotne było wykorzystanie i odsłonięcie w nim poduszki na całej długości podeszwy. Cholewka swoim designem przypomina ekspresowe pociągi japońskie. Niespełna rok później wypuszczono kolejną propozycję, równie chętnie przyjmowaną w ostatnich miesiącach, a mianowicie Air Max Plus, w których poza technologią Air Max, wykorzystano również system TN.


W ramach ciekawostki, warto wspomnieć o Air Max Zero, czyli projekcie powstałym ponad 30 lat temu w głowie Tinkera Hatfielda, jednak zapomnianym przez lata ze względu na strach przed odrzuceniem go przez klientów, a wydanym dopiero z okazji Air Max Day 2015. Cieszył się tam ogromną uwagą i sprzedał w sporym nakładzie.
Mimo naprawdę wielu premier, pierwsza ani druga dekada XXI wieku nie przyniosły nam żadnego nowego modelu z serii Air Max, który zawojował scenę buciarską. Nike skupiło się przede wszystkim na restockowaniu bezpiecznych pozycji, przykładowo wydając nowe kolorystyki lub tak jak w tym roku – dedykując sezon jednemu modelowi, czyli Air Max 97. Jest to moim zdaniem dobre rozwiązanie, zarówno dla konsumenta jak i producenta. Skupienie się na kilku modelach, pozwala na ulepszenie ich do granic możliwości. Jestem tylko ciekaw, co zrobi Nike, kiedy obecne rozwiązania staną się przestarzałe. Jedno jest pewne – nie zobaczymy szybko końca technologii Air Max.

~bs