Czy to możliwe, aby pionier, jakim są Stany Zjednoczone, traciły swoje wpływy w modzie?


Ameryka przez lata kształtowała otaczający nas świat. Na przełomie dekad, jej wpływy pokonywały w sile te europejskie. Wytwory amerykańskiej kultury do dziś są symbolem wolności. Jazz, Hollywood, hip, hop, Vogue, Coca-Cola, Single Ladies Beyoncé… Lista ta jest dłuższa niż “Przeminęło z wiatrem” (również dzieło spod biało-czerwonych pasów) i tylko pokazuje jak wiele aspektów naszego życia zdominowały Stany Zjednoczone, nie pomijając mody, rzecz jasna. Podstawą każdej szafy są jeansy, wyrób tak ameryański, że aż zakazany w Korei Północnej. Często komponujemy go z białym t-shirtem, długoletnim kochankiem amerykańskiego społeczeństwa w II połowie XX wieku. Całość zazwyczaj zwieńczona jest conversami, a często i subtelnie uwydatnioną gumką CK na biodrach. Look-klasyka dla świata mody i historii Stanów Zjednoczonych. Dowód na kulturalny imperializm Waszyngtonu? Możliwe. Lecz żadne imperium nie może być wieczne. Nawet Rzym upadł. Co więc czeka nasze Land of Freedom?

W 2008 o rzeczy Marca Jacobsa wielu dałoby się pokroić. Pięć lat temu nic nie dorównywało sławie Michaela Korsa i jego shopper bags. A dziś? Na czele przemysłu modowego włoski Gucci, za nim hiszpańska Balenciaga z gruzińsko-belgijką domieszką Demny Gvasali, następnie francuscy pionierzy, Louis Vuitton, Celine, Dior, YSL. I tylko w tym pierwszym akcent zza oceanu, Virgil Abloh. O pojemnych torbach Korsa mówi się już w kategorii passé. Marc Jacobs próbuje odzyskać koronę, ale na próbach się kończy. Po nowy t-shirt, każdy fashionista i każda fashionistka uda się prędzej na Wschód niż Zachód. Rubchynsky bardziej hot od Supreme? Vuitton – wiesz, co robić!

Zjawisko odchodzenia od szeroko pojętego modowego amerykanizmu przyniosło korzyści nie tylko Francji czy Hiszpanii. Swoje urodzenie (bo ciężko to nazwać odrodzeniem) przeżywa masa brandów z państw, w których jeszcze nie tak niedawno brakowało tkanin na sukienkę. Węgierska Nanushka, rosyjska Walk of Shame, polska MISBHV. Odeszliśmy od schematu wyglądania jak college students na rzecz dzieci post-sowieckich blokowisk. Już nie szary hoodie z bordowym HARVARD na przodzie, a poliestrowy dres z wielkim logo, oślepiający wręcz swoją tandetnością. Nowy Jork przestał rozpoczynać okres fashion week’ów. Pokazy na Manhattanie ogląda się po obejrzeniu tych w Kopenhadze, Sztokholmie, Tbilisi czy Kijowie. I wcale nie są to lokalne widowiska, a eventy na skalę światową, relacjonowane przez największe modowe magazyny. Moda światowa inspiruje się tymi pokazami w praktycznie takim samym stopniu, co projektami prezentowanymi w miastach z Wielkiej Czwórki. Wychodzi na to, że Europie przybywają stolice mody, a USA od lat pozostaje z jedną.

Francuski szyk i skandynawski styl na rzecz amerykańskiego luzu. Wraz z modą na lata 70 wróciła ABBA, Blondie już nie. Możliwe, że Stany stały się dla nas zbyt masowe. W końcu – jak pisałam wcześniej – praktycznie wszystko, czym się otaczamy jest amerykańskie. Filmy, książki, jedzenie, technlogie… W ostatnich sezonach modne jest to, czego inni nie znają. Ma być undergroundowo, a rynek europejski promienieje wręcz tym pojęciem. Może po prostu w końcu wyszliśmy ze strefy komfortu i szukamy wrażeń i poza nią? Ameryka nigdy nie upadnie – piosenki Lany del Rey już o to zadbają. Nikt jednak nie powiedział, ze nie podzieli się koroną. Ostatecznie, Stany najlepiej wiedzą, że najważniejsza jest integracja w gronie zupełnie różnych sobie jednostek.

~az